Czy można dorosłym ludziom mówić, żeby dotrzymywali danego słowa? Ano można. I nawet trzeba. A więc — dotrzymuj obietnic, a ludzie będą cię lubić, szanować i będą z tobą robić interesy.
Ta rada wydaje się banalna i oczywista. Ale wcale taka nie jest. Wystarczy bowiem, że dodamy „zawsze” — „zawsze dotrzymuj obietnic”. I zaczynają się schody. Bo co zrobić z obietnicami, na które znaczący wpływ mają czynniki których nie jesteś w stanie kontrolować? Przecież ich nie można dotrzymać... niby nie można, ale trzeba jakoś z nich wybrnąć z klasą.
Przykład.
Jesteś klientem banku, ktoś w banku złożył ci obietnicę. Niech będzie to udzielenie informacji czy dostaniesz upragniony kredyt, który jest kluczowy przy zakupie wymarzonego mieszkania. We wtorek odbyła się twoja rozmowa z pracownikiem banku, który obiecał ci, że w czwartek dostaniesz odpowiedź. Masz więc przed sobą dwa długie dni czekania. Czas mija pooowoooliii, ale to nic, uzbrajasz się w cierpliwość. Środa jest chyba najdłuższym dniem jaki pamiętasz, ale to tylko jeden dzień. Przecież w czwartek to się skończy, bo masz obietnicę, że tego właśnie dnia otrzymasz odpowiedź w sprawie kredytu.
Nadszedł czwartek. Od rana czekasz jak na szpilkach. Do dwunastej w południe nie denerwujesz się za bardzo, ale po południu irytacja już wzięła górę — telefon milczy. Przychodzi wieczór, a ty już wiesz, że pracownik banku wystawił cię do wiatru. Nie dotrzymał swojej obietnicy. Czujesz wściekłość przemieszaną z rozczarowaniem. Obiecujesz sobie, że gdy jutro czyli w piątek zadzwoni ten pracownik, porozmawiasz sobie z nim inaczej.
Faktycznie w piątek dzwoni pracownik. Na twój wybuch reaguje zdziwieniem — nie zadzwonił, bo nie miał jeszcze decyzji. Nie była ona negatywna, tylko po prostu jej nie miał. W związku z tym uznał, że nie ma potrzeby do ciebie dzwonić. Co za różnica — czwartek czy piątek? Zapomniał o swojej obietnicy. A teraz jest zdziwiony, ba, wręcz oburzony dlaczego na niego krzyczysz przez słuchawkę. Przecież to nie jego wina, że decyzja została podjęta dopiero w piątek rano. Przecież on nie mógł zrobić?
A może mógł?
Często uważamy, że jeśli nie wywiązaliśmy się z obietnicy z powodu wykraczającego poza nas, to jesteśmy usprawiedliwieni w oczach osoby, której złożyliśmy obietnicę. Usprawiedliwiamy się korkami na drodze, przeładowaniem w pracy. To nic, że większość z nas posiada elegancko oprawione kalendarze, skomplikowane arkusze zarządzania projektami i działaniami w programach komputerowych i możliwość wpisywania przypominajek w telefonach komórkowych z ogromnymi wyświetlaczami — i te wszystkie narzędzia mogłyby nam przypomnieć o umówionych rzeczach i terminach. Jednak we własnym sumieniu jesteśmy czyści, bo to nie nasza wina. Często też uważamy, że wcześniejsza wiedza o niewywiązaniu się z obietnicy nie wymaga podjęcia działania wyjaśniającego osobie, której złożyliśmy obietnicę. No bo może jednak zdążę, może się uda, w razie czego to tylko poślizg jednego czy dwóch dni, co za różnica.
A jest różnica.
Gdy bankowiec pofatygował się i zadzwonił do ciebie jako klienta w czwartek lub nawet w środę, sprawa byłaby zupełnie inna. Gdyby powiedział, że cały czas zajmuje się twoją sprawą, że dokłada starań by twój wniosek kredytowy przeszedł pozytywną weryfikację, ale prosi cię o cierpliwość i wyrozumiałość jeszcze do poniedziałku, to czy wtedy też dostałby od ciebie ochrzan przez telefon? Nie, twoja reakcja byłaby zupełnie inna. Jesteś przecież w stanie zrozumieć poślizg. Przecież ktoś dba o twoje interesy, zadzwonił w umówionym terminie. Czujesz do tego pracownika sympatię i zaufanie.
Różne rzeczy mogą ci ujść bezkarnie, a wręcz mogą zwiększyć sympatię do ciebie, o ile nie potraktujesz drugiej osoby, osoby której coś obiecałeś, jak śmiecia. Jeśli powiadomisz ją o możliwym poślizgu, jeśli powiadomisz ją o możliwej komplikacji, jednocześnie dotrzymując umówionego terminu, wszystko będzie w porządku. W większości przypadków. Ty jednak zawsze będziesz mieć naprawdę czyste sumienie, bo dotrzymałeś obietnicy. A że ktoś jest taki a nie inny, to naprawdę nie twoja wina ani twoja zasługa.
A oto sztuczka, która pozwoli ci jeszcze lepiej zarządzać swoimi obietnicami. Otóż...
...obiecuj mniej, a ludzie będą cię bardziej lubić.
Składanie obietnic bez pokrycia to dowód niedojrzałości i źródło frustracji. Niedotrzymywanie obietnic niszczy dobry kontakt z drugą osobą, zmniejsza sympatię do ciebie.
Ale kiedy obiecujesz mniej, a dajesz więcej, sprawiasz drugiej osobie niespodziankę.
Zatem kiedy ktoś cię o coś poprosi, dokonaj wewnętrznej, chłodnej kalkulacji. Zastanów ile możesz najmniej obiecać, żeby nie wyjść na idiotę (zbyt mała obietnica nie ma wartości), i dokładnie tyle obiecaj. Resztę potraktuj jako bonus, którym pochwalisz się kiedy przyjdzie pora na realizację obietnicy. Dobrą zasadą jest też realizowanie 80-90% tego co jesteś w stanie zrealizować. Zostaw sobie margines błędu lub margines osiągnięć dla naprawdę ważnych osób. Jeśli każdego będziesz traktować tak samo dobrze, nikt nie będzie się dla ciebie liczył szczególnie. Twoi klienci lub twoi znajomi stracą w twoich oczach na wartości, a z czasem stracą również na praktycznej wartości i wasz kontakt osłabnie. Różnicuj zatem dostarczane efekty, obiecuj najmniej ile zdołasz, a większość osób będzie cię bardzo lubić. Ta zasada nie sprawdza się jedynie w przypadku, gdy obiecujesz coś i na podstawie tej obietnicy są przyznawane pieniądze dla ciebie. Wtedy obiecaj te 80-90% i tyle wykonaj. Zostaw margines błędu. Jeśli uda ci się na ten margines wynegocjować uznaniową premię, świetnie. Jeśli nie, to w trakcie realizacji ocenisz czy masz czas i ochotę szarpać się na maksa.
I będziesz czysty. Wykonasz tyle, ile obiecasz. Dotrzymasz obietnicy. Będziesz wzbudzać sympatię. O to właśnie chodzi.
Więcej przydatnych wskazówek co mówić, co robić i w jaki sposób, żeby wzbudzać sympatię w innych ludziach (klientach, znajomych, współpracownikach), znajdziesz w książce Konrada Pankiewicza „Sympatyczna perswazja” (Wydawnictwo Onepress, 2009). Książkę znajdziesz w księgarni www.onepress.pl, wpisując w pole wyszukiwarki tytuł. Wykorzystanie za zgodą Wydawcy.













