Rozmowa z Krzysztofem Apostolidisem, prezesem firmy Partner Center, jednego z największych w Polsce importerów i dystrybutorów wina
W wysokorozwiniętych krajach europejskich pije się dwukrotnie więcej wina niż w Polsce. Czyżby wciąż królował u nas peerelowski model picia, czyli przysłowiowa seta i śledź na zakąskę?
Przeciętny Europejczyk wypija średnio nie dwukrotnie, ale dziesięciokrotnie więcej wina niż Polak, jesteśmy więc pod tym względem w ogonie państw europejskich.
Ale to w Polsce rośnie zagrożenie alkoholizmem i związanymi z nim patologiami.
Za alkoholizmem i wieloma patologiami stoi wódka. To wysokoprocentowe alkohole szybciej uzależniają, wyzwalają agresję, sprzyjają patologicznym zachowaniom i przestępczości. Wino zawsze kojarzyło się z miłą rozmową, wyszukanym jedzeniem, dobrym towarzystwem, słowem - z kulturą i właściwymi manierami. Na szczęście Polacy coraz częściej wybierają wino zamiast wódki na różne okazje, co dobrze wróży na przyszłość, ale mamy jeszcze duże zaległości do nadrobienia.
W Polsce nie ma jednak takich tradycji picia wina, jak na przykład we Francji czy we Włoszech. Może w tym tkwi przyczyna częstszego sięgania po wódkę niż wino?
Tradycje są, i to wspaniałe, ale trzeba je pielęgnować. Polska historycznie nigdy nie była rynkiem wódki, lecz piwa, a później wina. W niewielkim Wolborzu w XVII wieku znajdowało się kilkanaście browarów, a ówczesne węgrzyny i reńskie konsumowane były głównie w Rzeczypospolitej. Ich zalety zachwalał Zagłoba w sienkiewiczowskiej trylogii. Podobnych przykładów jest zresztą w naszej literaturze mnóstwo. Wódka i fatalny model picia, czyli setka pod śledzia, podobnie zresztą jak korupcja i wiele innych negatywnych zjawisk życia społecznego, dotarły do nas z komunizmem i Armią Czerwoną. To nie tylko w złym guście, ale i bardzo szkodliwe.
A może Polacy wybierają wódkę, bo wina są u nas za drogie? Te same gatunki kosztują 20-30 procent więcej niż w innych w krajach Unii Europejskiej.
To prawda, ale dlaczego tak jest? Między innymi z powodu bzdurnych przepisów, na przykład obowiązku banderolowania win. Został on wprowadzony w 1993 roku po to, by walczyć z szarą strefą tanich win owocowych. Dziś rynek takich win praktycznie nie istnieje, tymczasem banderole wciąż obowiązują.
Wierzy pan, że zniesienie banderol spowoduje spadek cen win w Polsce?
Oczywiście. Problem nie sprowadza się tylko do kosztów zakupu banderol, ale przede wszystkim do biurokratycznej machiny, która się z tym wiąże. Importerzy wina najpierw zamawiają, a następnie kupują banderole w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Muszą je zapakować i wysyłać specjalną przesyłką do producentów. Każda butelka importowanego wina musi mieć założoną banderolę w kraju, z którego pochodzi. Zanim więc wino znajdzie się w Polsce, przechodzi przez tubylców, którzy za pomocą kleju stolarskiego i rąk umieszczają je na butelkach. Ten chałupniczy sposób zakładania banderol przeczy nowoczesnej gospodarce.
Do tego banderole są produkowane tylko na dany rok…
No właśnie, tymczasem wina z Ameryki Południowej czy Australii płyną do Polski około trzech miesięcy. Zdarza się więc, że gdy transport dotrze, banderole tracą ważność. Wtedy trzeba kupić nowe, legalizacyjne, a stare zwrócić. To najmniej efektywny, za to najbardziej kosztowny i uciążliwy system kontroli opłat akcyzowych. W krajach Unii Europejskiej obowiązuje tylko w Polsce, a poza nią w Rosji. Za całą tę biurokrację w gruncie rzeczy płacą polscy klienci.
Wcześniejsze próby zniesienia znaków akcyzowych na winach skończyły się jednak fiaskiem.
Mimo to wierzę, że w końcu ten anachroniczny przepis przestanie u nas obowiązywać. Nie leży on w niczyim interesie i dlatego prędzej czy później banderole z win muszą zniknąć. Są obiektem żartów i kpin ze strony obcokrajowców, którzy nie dowierzają, że kolorowy papierek na szyjce butelki z winem to druk ścisłego zarachowania, a naklejanie go jest obwarowane restrykcyjnymi przepisami.
Dlaczego uważa pan, że utrzymywanie banderol nie leży w niczyim interesie? Państwa też nie?
Oczywiście, że nie. Jeśli obrót alkoholem nie odbywa się w polskiej strefie, państwo nie ma z niego korzyści. Odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej, każdy może sobie przywieźć legalnie z zagranicy 120 butelek wina – bez akcyzy, a więc tańszego niż Polsce. Na utrzymywaniu banderol tracą wszyscy: budżet państwa, importerzy, handlowcy, hurtownicy, a przede wszystkim polscy konsumenci. I to nie tylko dlatego, że za wino w Polsce muszą zapłacić znacznie więcej niż w innych krajach unijnych. Główny powód jest inny: dopóki wino w Polsce nie będzie tańsze, wielu rodaków nie zmieni modelu picia na zdrowszy i bardziej cywilizowany.
Dla niektórych klientów banderole są informacją, czy wino jest butelkowane w kraju producenta, czy w Polsce. Niebieski pasek na szyjce uznają za gwarancję dobrej jakości.
Tak było przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Teraz nie ma żadnej różnicy, czy wino rozlejemy w Pułtusku, czy w Berlinie. Wystarczy respektować unijne przepisy, regulujące sposób produkcji i rozlewania win. Na etykiecie każdej butelki jest zresztą informacja, gdzie wino było butelkowane. Kolor banderoli, zielony lub niebieski, nic nam nie powie o jakości wina.
Zdarzało się jednak, że podczas rozlewania w kraju importerzy dolewali wody do wina…
Teraz to się po prostu nie opłaca. Raz oszukany klient nigdy już takiego wina nie kupi. Zresztą rozlewanie też można kontrolować, a banderole są przy tym całkowicie zbędne. O jakości wina mówi jego marka, ważne jest więc, abyśmy potrafili rozpoznawać te marki. A, w przeciwieństwie do piwa i wódki, jest ich mnóstwo.
Ale chyba nie tylko banderole są przeszkodą w propagowaniu kultury picia wina w Polsce?
Zgadza się. Dlaczego w Polsce można reklamować piwo, a wina nie? Oto jest pytanie, że zacytuję klasyka.
No właśnie, dlaczego?
Na początku lat 90. silne lobby browarów przeforsowało taki zapis w ustawie. Piwowarzy trafili na podatny grunt, ponieważ w tym czasie kwitł w Polsce przemyt alkoholu i nielegalny handel wódką. Udało im się przekonać ustawodawców, że jeśli Polacy przestawią się na picie piwa, zmniejszy się popyt na wódkę i pokątny handel zniknie. Jak się później okazało, był to błąd, bo dopiero obniżenie podatku akcyzowego przez rząd Marka Belki definitywnie ograniczyło ten proceder. Choć od tego czasu rynek dystrybucji alkoholi zmienił się u nas diametralnie, reklamowy monopol browarów pozostał.
To niedorzeczne…
Jestem o tym przekonany. Najnowsze badania medyczne, amerykańskie i europejskie, wykazały ponad wszelką wątpliwość, że wino, kieliszek lub dwa dziennie, może wyjść tylko na zdrowie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Halszka Kozakiewicz











